O stowarzyszeniu
Przyznam, że to ja zostałem sprawcą zamieszania. Zasiałem ferment wśród przyjaciół i wykorzystując różne metody, przekonywałem, by nasze zainteresowania, a właściwie hobby, zostały zamienione w coś poważniejszego, stosownego do wieku. I tak się stało.
Wprawdzie formalnie SMNW Weinspass zostało zarejestrowane w 2021 roku, ale pandemia COVID 19 oraz inne wydarzenia, o których nie chcę i nie mogę pisać, sprawiły, że dopiero ten rok (2025) stał się dla nas przełomowy. Procedury zostały dokończone, a stronę internetową stowarzyszenia właśnie oglądacie.
Członkowie założyciele to grupa przyjaciół z różnych środowisk. Są wśród nas dziennikarze, urzędnicy, farmaceutka i przedstawiciel branży medycznej, filolog germański, biegły sądowy, a nawet terapeutka uzależnień. Część z nas nie wykonuje już swoich zawodów… Cóż, proza życia.
Ale wszyscy mamy wspólną słabość. I nie chodzi w tym wypadku wcale o procenty, ale o opowieść, jakiej doświadczamy za sprawą czerwieni w kieliszku.
Mamy wiarę i zapał.
Pomysły i plany.
Wspólnie z Wami chcemy je realizować.
oraz członkowie założyciele: Beata, Alicja, Magda, Karina, Sławek, Marcin, Krzysztof ze Szczecina, Krzysztof z Gdańska
Był rok 1989. To wtedy odbyliśmy szaloną podróż po Europie, z długim przystankiem nad Jeziorem Bodeńskim. I wtedy zakiełkowało w nas to szczególne uczucie, jakim dziś darzymy winorośl.
U schyłku komunizmu w bloku wschodnim towarzyszyła nam naiwna wiara w to, że wyprawa ze Szczecina przez Hanower nad Jezioro Bodeńskie, a potem przez prawie całą Francję na Lazurowe Wybrzeże to coś absolutnie w naszym zasięgu. Niczym niezmącone przekonanie o oczywistym sukcesie tej podróży oraz determinacja, z jaką przystąpiliśmy do realizacji projektu, pozwoliły nam przetrwać cztery niezapomniane tygodnie – pełne pięknych, ale i dramatycznych momentów. Wyposażeni w chiński dwuosobowy namiocik, śpiwory oraz dmuchane materace firmy Polsport wybraliśmy się w nieznane.
Wróciliśmy cali i zdrowi, mimo pokonania tysięcy kilometrów „na stopa”, dysponując żałosną ilością gotówki, sypiając czasem pod gołym niebem w parku i… żywiąc się głównie zupkami Amino, przygotowanymi na radzieckiej kuchence turystycznej. Owszem do menu od czasu do czasu była włączana czekolada Milka, ale wejście do raju miało charakter incydentalny. Jak to z Rajem bywa.
A propos pieniędzy, które mieliśmy ze sobą. Trudno to sobie dziś wyobrazić, ale średnia miesięczna zarobków przeliczona po czarnorynkowym, czyli realnym kursie, wynosiła wtedy nieco ponad 40 dolarów amerykańskich. My w portfelu mieliśmy ich może 300 na miesiąc podróży. Skąd? Tego nie możemy ujawnić…
To my
poznajemy się
W czasie tych dwudziestu kilku dni napisaliśmy scenariusz na niezły film drogi. Może nie na "Thelmę i Louis", ale na "Bezdroża" na pewno.
A trzeba przypomnieć realia, jakie towarzyszyły temu wariackiemu pomysłowi. Koniec lat 80. XX wieku to czas, w którym istniały dwa państwa niemieckie, sowieckie imperium wprawdzie słabło, ale Michaił Gorbaczow wierzył głęboko w to, że komunizm da się zreformować, a ludzi radzieckich uczynić szczęśliwymi. Przyspieszył proces rozpadu Jugosławii, który zakończył się kilka lat później wyjątkowo krwawą wojną. Podział na Wschód i Zachód wydawał się nie do pokonania i wcale nie było oczywiste, że komunizm w tej części świata nie będzie nadal ustrojem obowiązkowym. Na granicy niemiecko-niemieckiej najbardziej oddane reżimowi Honeckera służby celne i wojskowi przeszukiwali pociągi w poszukiwaniu uciekinierów z NRD do lepszego świata. Robiły to metodycznie i z właściwą dla tej profesji determinacją podlaną komunistycznym sosem. Przekraczanie granic między państwami stało się zatem, także dla legalnych podróżnych, wyzwaniem.
W Polsce dominowały marazm i zniechęcenie. Socjalistyczna gospodarka była w ruinie, a Polacy masowo emigrowali na Zachód. Bieda była powszechna, a półki sklepowe zapełniano octem – jedynym towarem dostępnym bez ograniczeń w dobie schyłkowego PRL.
Wyprawa na Zachód była wtedy podróżą do baśniowego świata, w którym każdy może zrealizować marzenia dzięki ciężkiej pracy. A my, zakochani w sobie studenci, w 1989 roku chcieliśmy spędzić tam wakacje. Istne wariactwo, które w niedalekiej przyszłości zmieniło nasze życie.
W Wasserburgu nad Jeziorem Bodeńskim, miejscu pięknym, dostojnym, otoczonym Alpami, które przy dobrej widoczności dumnie prezentują wiecznie białe i majestatyczne szczyty, spędziliśmy tydzień. Tam po raz pierwszy życiu, w jeden z wielu ciepłych wieczorów pomieszanych z nocą, wypiliśmy szklaneczkę (viertel glas) białego wina. Tak naprawdę to było pierwsze spotkanie z tym szlachetnym trunkiem. Te wcześniej pite były winem tylko z nazwy (zresztą pite bardzo rzadko i w małych ilościach).
Siedzieliśmy na kamienistej plaży tuż przy murach zamku położonego na wzniesieniu półwyspu. Fale jeziora leniwie wlewały się pod nasze stopy. Klimat niczym ze śródziemnomorskiego kurortu był wszechobecny. Nasi sąsiedzi nie rozmawiając zbyt głośno, oddawali się degustacji wykwintnego jedzenia, popijając je białym winem. Kelner polecił świetny trunek z okolicy. Nie pamiętam, czy to był Müller-Thurgau czy weissburgunder, ale doznanie, jakiego doświadczyliśmy, było nie z tego świata. Zielonożółte refleksy w blasku księżyca wydawały się stworzone przez Dobrą Wróżkę z klasycznej wersji disnejowskiego „Kopciuszka” narysowanej ręcznie w 1950 roku. Szklanka była pokryta cienką warstwą wody, co świadczyło o dużej różnicy temperatur. Mimo że ten cudowny płyn był zimny, aromaty wręcz zaatakowały nasze nozdrza. Nie byliśmy w stanie się opanować i – zamiast cieszyć się chwilą – wypiliśmy to dziewicze dla nas wino zbyt szybko i łapczywie.
Potem był pierwszy festyn winny w Nonnenhorn, pierwszy zbiór winogron (w ramach pasji do wina) oraz dziesiątki enoturystycznych wypraw. Ale to najprawdopodobniej tamten wieczór zdecydował o tym, że ponad 30 lat później założyliśmy stowarzyszenie Weinspass. Wierzymy, że zarazimy was naszą pasją.
Członkowie założyciele.
